Zauważyliśmy, że używasz AdBlocka, prosimy o jego wyłączenie dla Portalu Lubliniec.Info.
Wtyczka nie wyświetla poprawie strony blokując m.in. zdjęcia.
Dzięki reklamom oglądasz ten serwis za darmo.


Pogoda:  9 °C, 15 km/h , więcej
Złota myśl dnia:
"Każdy człowiek ma prawo czasem zwątpić i porzucić swe dzieło, natomiast nie ma prawa o nim zapomnieć" [Paulo Coelho "Piąta Góra"]

Wypłyń na głebię - rozmowa z ojcem Krzysztofem Koślikiem

Wypłyń na głebię - rozmowa z ojcem Krzysztofem Koślikiem

„Wypłyń na głebię”- rozmowa z ojcem Krzysztofem Koślikiem, Misjonarzem Oblatem Maryi Niepokalanej, byłym mieszkańcem Lublińca, obecnie pełniącym posługę na Madagaskarze.

KB: A Malgasze, jacy to ludzie?

KK: To jest bardzo prosty i kochany lud o wielkich sercach. Większość z nich to analfabeci. Nie potrafią czytać ani pisać. Taki przykład- kiedyś udzielałem ślubu w buszu. Po ceremonii poprosiłem małżonków i ich świadków o złożenie podpisów. „Świeżo upieczona” małżonka, młoda dziewczyna, mówi do mnie: „ale Ojcze, ja pisać nie potrafię”. Byłem w szoku. Powiedziałem jej, żeby zrobiła na tej kartce jakikolwiek znaczek, to już będzie ważne w świetle prawa. Tutaj szkolnictwo, jeśli w ogóle jest, to na bardzo niskim poziomie. Często ludzi po prostu nie stać na szkołę. Jeśli w rodzinie z dziesięciorgiem dzieci jedno z nich pójdzie do szkoły, to to już jest wielki sukces. Jako misjonarze staramy się tez pomagać w tej dziedzinie. Budujemy szkoły i prowadzimy tak zwaną „duchowa adopcję”. Wielu ludzi z Europy regularnie przysyła pieniądze na konkretne dziecko, które duchowo adoptowali. Pieniądze w całości trafiają na jego edukację i utrzymanie. Dzieci w zamian odwdzięczają się, pisząc listy. My je tłumaczymy i dołączamy zdjęcie. I jeśli chociaż kilkadziesiąt dzieci pójdzie dzięki temu do szkoły, to jest super.
W tym rejonie, gdzie mieszkam, Malgasze żyją przede wszystkim z uprawy ryżu, goździków, pieprzu oraz wanilii. Podstawą wyżywienia jest ryż, ryż i ryż. Czasami pojawia się jakieś mięso, ale to na zasadzie, że jest do obgryzienia kość z chudej jak szkapa kury. A przy wielkim święcie pojawia się mięso z świni czy byka. Ale tak jak już wspomniałem, podstawą jest ryż, a do tego tak zwana „romazawa”, czyli wywar z liści. Kiedy robię tzw. tournée, czyli coś w rodzaju obchodu wszystkich moich kościołów, który trwa zazwyczaj około trzech tygodni, to śpię i mieszkam tak, jak oni. Nie mam prądu czy bieżącej wody. Myję się i piorę swoje rzeczy w rzece. Jednak pomimo wszystkich trudności i biedy, jakiej doświadczają ci ludzie, dla mnie czymś niesamowitym jest ich radość. Malgasze potrafią cieszyć się ze wszystkiego, a nie mają praktycznie nic. Jedna koszula, spodenki i to wszystko. Tylko nieliczni z nich mają ubranie na zmianę, a mimo to nie są tym zmartwieni. Podczas świąt, ale i nie tylko, odbywają się tutaj tradycyjne zabawy. Ludzie spotykają się w kościele, w szkole lub ewentualnie na dworze jak jest ładna pogoda. Tańczą, śpiewają, recytują wiersze… Każdy chce wystąpić przed publicznością. A u nas w Europie jest wręcz przeciwnie. Często ludzi trzeba do tego długo zachęcać. Wyjść, coś zaśpiewać, to już jest wstyd, bo „ja nie potrafię”. Tutaj ludzie nie mają z tego powodu kompleksów.

KB: Jakie były reakcje miejscowych kiedy zobaczyli Cię po raz pierwszy?

KK: Biali już tutaj kiedyś byli, tak więc tutejsi ludzie cieszyli się, że przyjechałem. Przynajmniej tak mi się wydaje. Przed moim przybyciem był tutaj wakat, brakowało jednego misjonarza i przez to w niektórych wioskach przez trzy lata nie było księdza. Poza tym czasami małe dzieci boją się mnie, bo pierwszy raz widzą inny kolor skóry. Kiedyś też miałem taką sytuację, że przechodziłem przez pewną wioskę w buszu i spotkałem tam jakąś starszą kobietę. Jak mnie zobaczyła, to zaczęła krzyczeć i uciekła. Zapytałem się ludzi, co jej się stało, dlaczego się tak zachowywała. Odpowiedzieli, że ona pierwszy raz w życiu widziała białego człowieka i po prostu się mnie wystraszyła. Trzeba wziąć też pod uwagę, że Madagaskar to kraj trzeciego świata. Należy on do dziesięciu najbiedniejszych państw na Ziemi. No więc w miastach ludzie uważają, że skoro jesteś biały, to musisz być bardzo bogaty. W związku z tym przychodzą i żebrzą. W muzeach czy rezerwatach, na przykład płaci się 4-5 razy więcej od miejscowych. Tutaj w buszu jest inaczej, oni wiedzą, że my jesteśmy zakonnikami, że chcemy im pomóc, czy to poprzez sakramenty, czy przez edukację lub medycynę. Zawsze kiedy idę na tournée to między innymi zabieram ze sobą apteczkę, a żeby potem móc zrobić jakieś quasi operacje czy pomóc z leczeniu. Zdarza się, że ktoś od dłuższego czasu ma na przykład rozciętą na piętnaście centymetrów nogę, która nie chce musi się goić. Wtedy nie zostawiam takiego człowieka. Oczyszczam ranę, bandażuje, daje jakieś lekarstwa… Dzięki temu też lepiej nas odbierają.

KB: Z jakim nastawieniem do swojej pracy spotykasz się najczęściej? W jaki sposób mieszkańcy Madagaskaru odbierają działalność misji katolickich w swoim kraju?

KK: To jest bardzo młody Kościół. Wyobraź sobie, że teraz w Polsce mamy 1000-1100 rok, są już jakieś katolickie miasta i wioski, ludzie zaczynają przyjmować chrzest. Chrześcijaństwo powoli się rodzi i stawia pierwsze kroki. Podobnie jest teraz na Madagaskarze. Niektóre miejscowości poznały Jezusa trzy lata temu, niektóre 50 lat temu. Na pewno Kościół się rozwija, ale trzeba też tutaj pamiętać o zasadzie inkulturacji, czyli wprowadzaniu chrześcijaństwa z zachowaniem i uszanowaniem części ich zwyczajów. Chodzi o to, żeby ich nie urazić, nie odsunąć i nie zepsuć tego, co jest dobre. Oczywiście wszystko w granicach zgodności z Nauczaniem Kościoła. Zazwyczaj jest tak, że oni sami przychodzą i proszą o chrzest. Przygotowują się do niego. Przez dwa lata uczestniczą w katechezie, potem mają egzamin. Wiadomo, że nie można patrzeć na wszystko tak książkowo. Tutaj nie jest tak jak w szkole, że jak nie umiesz np. Ośmiu Błogosławieństw, to zaraz jedynka i koniec rozmowy. Bierze się przede wszystkim pod uwagę fakt ich wiary i zaangażowania, a poza tym, jak już wspomniałem wielu z nich nie potrafi czytać i pisać. Niemniej jednak w ostatnią Sobotę Wielkanocną ochrzciłem 135 osób. Nierzadko też ci ludzie zaskakują mnie swoja postawą i wiarą. Na przykład ktoś bierze wodę z rzeki i zanim ją wypije to się pomodli. Wielu z nich na piersi nosi widoczny znak przynależności do Kościoła. Nie wstydzą się tego, a wręcz przeciwnie- są z tego dumni. Malgasze bardzo chętnie biorą udział w spotkaniach liturgicznych, pielgrzymkach czy rekolekcjach. Wiadome jest, że nie mają oni księdza na co dzień, a pomimo to, zawsze wspólnie spotykają się w niedzielę na modlitwie.

KB: Co uważasz za najtrudniejsze a co za najlepsze w swojej pracy?

KK: Misje przez cały czas uczą mnie pokory. Wiele rzeczy jest tutaj ograniczonych lub po prostu ich nie ma. Czasami potrzeba wiele czasu, żeby zrealizować jakiś projekt. Uczę się także dystansu do siebie samego. Skończone studia, trzy literki przed nazwiskiem, znajomość języków, przeczytanie iluś tam książek i tak dalej, nie sprawia, że jestem kimś lepszym i mądrzejszym. Podczas jednego z pierwszych obchodów w buszu pewna pani, która nigdy w życiu książki nie przeczytała, najprawdopodobniej nie skończyła żadnej szkoły i nie wyjechała dalej niż jej wioska, śmiała się ze mnie (nie ze złośliwości!), że powiedziałem jakieś słowo źle. W takich momentach uświadamiam sobie, jak wielu rzeczy jeszcze nie umiem, nie rozumiem.
Jako najlepsza i najpiękniejszą rzecz w mojej posłudze odbieram niesamowitą wdzięczność i wielką radość życia tych ludzi. Na każdym kroku spotykam ich uśmiechniętych. Potrafią cieszyć się z tego, co mają. Przykładowo kiedyś brat z żoną przysłali mi paczkę, były w niej też cukierki. Wziąłem je do buszu, rozdałem dzieciom i wyobraź sobie, że one wzięły po cukierku, ugryzły troszeczkę, schowały do kieszeni, wyjmowały znowu, potem ten papierek wylizały, poskładały i jeszcze się potem nim bawiły. Zwykły cukierek, a sprawił tyle radości. Poza tym, ja po prostu kocham Madagaskar, kocham tych ludzi i gdybym dostał teraz propozycję np. pracy w Stanach Zjednoczonych czy gdzieś w bogatym kraju Europy, to nie zgodziłbym się. Kiedy byłem w Brukseli to pewien ksiądz diecezjalny powiedział mi-” słuchaj, ty nie jedź na ten Madagaskar, tu też są ogromne potrzeby, brakuje kapłanów. A poza tym jest inny poziom życia. Będziesz miał swój samochód, mieszkanie i stałą pensję”(w Belgii księża opłacani są przez państwo). Ja jednak zdecydowałem się wyjechać i nie żałuję. Codziennie jem ryż, na misji nierzadko nie ma prądu czy wody, w buszu kąpię się z rzece, szczury budzą mnie w nocy, komary malaryczne latają wokół głowy, ale nie zamieniłbym tego na żadne inne miejsce. Może kiedyś, jak będę już stary, to zdecyduję się wrócić do Europy.

Ciąg dalszy na następnej stronie

2016-07-04 08:51:03 | K.B.

facebook sledzik gg

Zobacz nasze galerie
o. Krzysztof Koślik OMI
więcej

Komentarzy: 0 dodaj

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Bądz pierwszy, wyraź swoją opinię!