Zauważyliśmy, że używasz AdBlocka, prosimy o jego wyłączenie dla Portalu Lubliniec.Info.
Wtyczka nie wyświetla poprawie strony blokując m.in. zdjęcia.
Dzięki reklamom oglądasz ten serwis za darmo.

Pogoda:  4 °C, 13 km/h , więcej
Złota myśl dnia:
""

Wypłyń na głebię - rozmowa z ojcem Krzysztofem Koślikiem

Wypłyń na głebię - rozmowa z ojcem Krzysztofem Koślikiem

„Wypłyń na głebię”- rozmowa z ojcem Krzysztofem Koślikiem, Misjonarzem Oblatem Maryi Niepokalanej, byłym mieszkańcem Lublińca, obecnie pełniącym posługę na Madagaskarze.

Katarzyna Bukalska: Jak to się stało, że znalazłeś się na Madagaskarze?

o. Krzysztof Koślik: Chęć wyjazdu na misę towarzyszyła mi już wtedy, kiedy wstępowałem do Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Była ona ze mną przez cały czas formacji. Zwierzchnikiem księży diecezjalnych jest biskup. W naszym Zgromadzeniu jest nim superior generalny, który ma swoją siedzibę w Rzymie. Istnieje zwyczaj, że że przed święceniami kapłańskimi pisze się do niego list z prośbą o umieszczenie w konkretnym miejscu. On może wziąć to pod uwagę, ale nie musi. Ja napisałem, że chcę wyjechać na Madagaskar. I ku mojej wielkiej radości, odpowiedź była pozytywna. Jednak na początku ojciec Prowincjał, „szef” Polskiej Prowincji Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, której podlega Madagaskar, skierował mnie do pracy w Katowicach, i powiedział, że najpierw mam popracować dwa lata tam, a potem zobaczymy. Wtedy, w pewien sposób, to marzenie wyjazdu na jakiś czas oddaliło się ode mnie. Jednak po tych dwóch latach, które uważam za bardzo piękny okres, ojciec prowincjał w końcu wyraził zgodę na mój wyjazd.

KB.: Jak długo przygotowywałeś się do wyjazdu na misję?

KK: Już w seminarium chciałem jechać, więc przygotowywałem się w tym sensie, że dużo na temat misji czytałem oraz brałem udział w spotkaniach z misjonarzami. Ale bezpośrednie przygotowanie odbywało się już w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, dziewięć miesięcy przed wyjazdem. Wszystkie osoby- świeckie, zakonne, które chcą wyjechać na misje, przechodzą przez takie centrum. Tam głównie uczą się języka urzędowego danego kraju, medycyny tropikalnej, mają też wykłady związane z daną kulturą. Następnie wyjechałem na trzy miesiące do Paryża na kurs językowy, a potem jeszcze na dwa miesiące do Brukseli, ale to już w celach bardziej duszpasterskich, a mniej językowych.

KB.: „Wypłyń na głębię”. Dlaczego akurat ten fragment z Ewangelii św. Łukasza zamieściłeś na swoim obrazku prymicyjnym?

KK: Wybrałem to hasło przed święceniami kapłańskimi. Zauważ, że jest ono bardzo krótkie, ale dla mnie osobiście i pewnie dla wielu ludzi również, jest jednocześnie bardzo głebokie i szerokie, jak morze. Chodzi w nim głównie o zaufanie. No bo popatrz, generalnie życie jest piękne, ale na jego drodze bywają także różne trudności. Zmierzamy się z różnymi lękami, dylematami, przychodzą zwątpienia, troski, smutki, załamania, choroby. Słowa Jezusa skierowane do św. Piotra – „Wypłyń na głębie” napełniają mnie nadzieją i odwagą. Przede wszystkim zapraszają do ufności Bogu. I pomyślałem sobie, że jeśli pojawią się takie trudności w moim życiu, to te słowa są właśnie skierowane do mnie – nie bój się, zaufaj Jezusowi, wypłyń na głębię! Na przykład taką głębią była dla mnie niepewność co do tego, co mnie spotka na misjach, jak się tam odnajdę i czy poradzę sobie z językiem. Wprawdzie uczyłem się francuskiego- najpierw w Warszawie podstawy, później w Paryżu miałem intensywny kurs. Z tym, czego się nauczyłem, przyjechałem na Madagaskar, gdzie zaraz rozpocząłem kurs malgaskiego. I teraz wyobraź sobie, że nauczycielką malgaskiego jest starsza pani, która zna francuski, trochę język angielski i teraz z tego mojego francuskiego uczę się od niej malgaskiego. A to i tak jest tylko język oficjalny- po pięciu miesiącach dostałem skierowanie do pracy w Mahanoro, na wschodzie Madagaskaru, gdzie mówi się dialektem, który znacząco różni się od mowy oficjalnej.

KB: Czy mógłbyś opisać miejsce, w którym pełnisz obecnie posługę?

KK: Obecnie jestem w Mahanoro. Jest to mała miejscowość na wschodnim wybrzeżu Madagaskaru. Nasza misja znajduje się dosłownie 200 m od Oceanu Indyjskiego. Jak otwieram drzwi od werandy, to słyszę ocean, jak fale uderzają o brzeg. Jest tutaj kościół, a na naszej misji przebywa czterech księży, w tym dwóch Polaków i dwóch Malgaszy oraz dwóch kleryków odbywających staż pastoralny. Podlega nam w ponad 120 wiosek z kościołami. Każdy z nas jest odpowiedzialny za swój sektor. Mój liczy 36 kościołów. Wygląda to tak, że kilometr od naszego domu w Mahanoro kończy się asfalt i zaczyna busz. Może to jest za dużo powiedziane „asfalt”, raczej wielka dziura (śmiech). Potem motorem lub samochodem 4x4 można spokojnie dojechać maksymalnie z 15 km. Dalej to już trzeba iść na nogach, przechodzić przez góry, bagna, ryżowiska. Przez płytsze rzeki można przejść, ale przez głębsze przepływa się pirogą. Jest to rodzaj drewnianego kajaka, wydrążonej w drzewie skorupy, która kołysze się na wszystkie strony. Kiedy ostatnio przepływałem przez taką rzekę, zapytałem się pewnego Malgasza, ile w tym miejscu może być głębokości?. Odpowiedział: „a tutaj, to może być ok 15-20 m”. Przy takich przeprawach zawsze wyciągam różaniec i modlę się, żeby dobrnąć do brzegu (śmiech). Z Mahanoro do najbliższej mojej wioski mam 25 km, a do najdalszych nawet 70 km. Żeby się tam dostać potrzeba czasami dwa, trzy dni drogi. Jeśli zaś chodzi o klimat, to Mahanoro znajduje się w strefie tropikalnej. Wilgotność dochodzi nawet do 100%. Teraz zaczyna się zima, od trzech tygodni padają intensywne deszcze, więc jak otwieram szafę z ubraniami, to czuję intensywną wilgoć. Na lustrze u mnie w pokoju skrapla się woda. W okresie lata, kiedy podczas siesty położę się na 15 minut, to po tym czasie na prześcieradle mogę podziwiać moje odbite ciało. W okresie grudzień-luty, ewentualnie marzec, przychodzą cyklony, które niszczą wszystko- wybijają szyby, zrywają dachy, łamią drzewa.... Na szczęście w tym roku nie były one blisko nas.
W buszu mieszkam w tradycyjnym domku, tak jak Malgasze. Domki te są w 90% zbudowane z ravinali, tak zwanego ”drzewa wędrowca”. Z liści robi się dach, z pnia wycina deski na podłogę, ściany zrobione są z łodyg. Jak jestem w buszu i na przykład przez kilka dni pada deszcz, no to często woda leje mi się na głowę, a czasami też dzieci podglądają przez szpary w ścianie (śmiech). Poza tym tutaj domek stoi obok domku. Słychać wszystko, co się dzieje dookoła. Teraz już się do tego przyzwyczaiłem, ale na początku nie umiałem zasnąć- tu jakieś dziecko płacze, tu koło domu świnia kwiczy, tu byki prowadzą albo, jak to często bywa, moi „nocni przyjaciele” czyli szczury i nietoperze, nie dają mi spać. Trudno to zobrazować, trzeba to zobaczyć, usłyszeć i poczuć.

Ciąg dalszy na nastepnej stronie

2016-07-04 08:51:03 | K.B.

facebook sledzik gg

Zobacz nasze galerie
o. Krzysztof Koślik OMI
więcej

Komentarzy: 0 dodaj

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Bądz pierwszy, wyraź swoją opinię!