Zauważyliśmy, że używasz AdBlocka, prosimy o jego wyłączenie dla Portalu Lubliniec.Info.
Wtyczka nie wyświetla poprawie strony blokując m.in. zdjęcia.
Dzięki reklamom oglądasz ten serwis za darmo.
Reklama Lubliniec Info


Pogoda:  16 °C, 18 km/h , więcej
Złota myśl dnia:
"Mówiło wielu i pięknie, ale pozostał w pamięci ten, kto mówił rzeczy najważniejsze... " [Julia Hartwig]

"Bez wzajemnego zrozumienia nie ma zastępu ratowniczego"- wywiad z Józefem Kowalskim

Miesiąc grudzień to czas wspomnień o ludziach jednego z najcięższych zawodów jakim jest górnictwo. Przypadek sprawił że w Lublińcu odnalazłam człowieka, który przepracował w tym zawodzie prawie 30 lat. Zapraszam na wywiad z p.Józefem Kowalskim- skromnym człowiekiem, którego na wywiad musiałam długo namawiać.

Katarzyna Bukalska: Czy jest Pan Lubliniczaninem?

Józef Kowalski: Nie jestem, ale mieszkam tu już 30 lat. Przyjechałem do Lublińca ze względów rodzinnych (syn się tu ożenił i trzeba było mu pomóc przy budowie domu), rok przed przejściem na emeryturę.


KB.: Co zadecydowało o wyborze tak niebezpiecznego zawodu?

JK.: Miałem wtedy 18 lat, czyli czas to wojska, a chciałem pomóc finansowo rodzinie. Te sprawy rozwiązać miała praca na kopalni.


KB.: W której kopalni podjął pan pracę?

JK.: Była to kopalnie “Julian” w Piekarach Śląskich.


KB.: Na jakim stanowisku?

JK.: Zaczynałem jako pomocnik dołowy, a po roku, kiedy ukończyłem kurs, awansowałem na młodszego górnika i mogłem być pomocnikiem górnika przodowego. Początkowo pracowało się osiem, a później siedem i pół godziny (czas obejmował zjazd i wyjazd). Jeśli chodzi o przerwy na jedzenie, to nie było ich jako takich- jadło się, gdy był czas, a ponieważ często go nie było, to nie raz przynosiłem je do domu. Dodatkowo po robocie można było dostać posiłek regeneracyjny.


KB.: Czy myślał Pan o zmianie pracy?

JK.: Przez pierwsze lata nie. Kiedy jednak awansowałem na górnika, chciałem robić coś więcej. Po siedmiu latach pracy zgłosiłem się na ratownika.


KB.: Praca ratownika górniczego wymaga pewnych cech charakteru i umięjętności...

JK.: Kandydaci na ratownika oprócz wszechstronnych badań lekarskich poddawani byli między innymi próbom wytrzymałości w tak zwanej “komorze”, tzn. Zamykano nas (kilkanaście osób) w kabinie, w której było bardzo wilgotno, wysoka temperatura, przyciemnione światło, na półtorej godziny. Ci, co pomyślnie przeszli te próby, szli na badania psychologiczne. Dopiero po zaliczeniu wszyskich etapów można bylo dostać skierowanie na kurs ratownika. Oprócz badan kwalifikujących innych nie przechodziliśmy, natomiast każdego roku odbywaliśmy serie ćwiczeń, tj. Dwa na dole, dwa na powierzchni i dwa w komorze z aparatami tlenowymi.


KB.: Ile lat pracował Pan jako ratownik?

JK.: Razem dziewiętnaście lat, z tego jedenaście lat jako górnik-ratownik- to znaczy pracowałem na przodku jak inni górnicy, a w razie potrzeby ściągany byłem na akcję ratunkową. Pozostałe osiem lat byłem już tylko ratownikiem Pogotowia Górniczego.


KB.: Ile osób liczyła grupa ratownicza?

JK.:Zastęp ratowniczy liczy pięć osób, a na kopalni jest ich kilka takich grup.


KB.: Wiadomo, że w tej pracy czas, rozwaga, współpraca są na wagę życia. Obecnie w mediach często mówi się wypadkach w kopalniach lub w górach spowodowanych brakiem komunikacji czy porozumienia z partnerami. Czy jako grupa dobrze rozumieliście się, czy odczuwaliście strach?

JK.: Bez wzajemnego zrozumienia nie ma zastępu ratowniczego, obowiązuje zasada: jeden za wszytskich, wszyscy za jednego. Oczywiście, był szef- zastępowy. Ja też nim kiedyś byłem. Każdy się boi, ale strach należy opanować i nie myśleć o nim.


KB.: W ilu akcjach Pan uczestniczył?

JK.: Trudno je policzyć. Akcje były pożarowe, zawałowe. Czasami przez poł roku był spokój, a potem przez połtora miesiąca akcja. Jeśli skala wypadku była duża, ściągano zastępy ratunkowe z innych kopalń- ja brałem udział w akcjach w trzech rożnych miejscach, ale zdecydowanie najcieższe akcje są na kopalniach o dużym stężeniu metanu.


KB.: Czy wszystkie zakończyły się powodzeniem?

JK.: Niestety nie ... ( chwila zadumy)


KB.: Czy chciałby Pan opowiedziec o jednej z nich?

JK.: O takich się nie opowiada. Jeśli już mówimy, to tylko o takich: przykładowo ktoś nie oddał znaczka, a to oznaczało, że został na dole, czyli trzeba go szukać. Straciliśmy cały dzień, a okazało się, że był w domu- po prostu zapomniał oddać tego znaczka.


KB.: Wypadki w górnictwie na szczęście nie zdarzają się codziennie. Co robią ratownicy między akcjami?

JK.: Robota jest cały czas. Gdy nie ma akcji, wykonuje się zabezpieczanie wyrobisk, prace wentylacyjne, przeglądy sprzętu itp. A tak swoją drogą, to wypadki tez mnie nie omijały. Ale zawsze szybko mnie poskładali i wysłali dalej do roboty.


KB.: A teraz jest Pan na zasłużonej emeryturze. Nie nudzi się Panu?

LB.: Nie ma czasu na nudę. Należę do Uniwersytetu Tzreciego Wieku i biorę aktywny udział w jego zajeciach.


KB.: Słyszałam coś o Pana wyczynach rowerowych- proszę się pochwalić.

JK.: Czym tu się chwalić? Przejechałem w tym roku 2500 km, a w ubiegłym 2800. Gdy pogoda nie pozwala na jazdę, idę do fitness-clubu.


KB.: To naprawdę niebywałe, aby po siedemdziesiątce być tak sprawnym fizycznie. Czy można powiedziec, że Pańska siła fizyczna, jak i wytrzymałość psychiczna zostały ukształtowane przez cieżką pracę w kopalni?

JK.: Już w czasach młodości byłem bardzo aktywny, uprawiałem sport. Jak prawie każdy chłopak od dzieciństwa grałem w piłkę nożną (na pierwszą piłkę składaliśmy się z kolegami we trzech), a póżniej trenowałem boks. Wydaje mi się, że moja praca nie tyle ukształtowała te cechy, co je wzmocniła.

KB.: Bardzo dziękuję Panu za rozmowę.

JK.: Również dziękuję. A wszystkim górnikom z okazji ich święta życzymy wszystkiego najlepszego!

2014-11-30 20:11:28 | KB

facebook sledzik gg

Komentarzy: 0 dodaj

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Bądz pierwszy, wyraź swoją opinię!